top of page

Iluzja socjalizacji

  • 6 godzin temu
  • 3 minut(y) czytania

Mijanka to nie relacja


W mieście psy mają kontakt z innymi psami niemal bez przerwy: na chodniku, na osiedlu, przy wejściu do sklepu, w drodze do parku. To dlatego łatwo uznać, że pies „ma socjalizację”. Widzi psy, mija psy, czasem się zatrzyma, obwącha i idzie dalej.


Tylko że to jest właśnie pułapka: dużo spotkań może oznaczać dużo bodźców, a nie życie społeczne. Mijanki są częste, ale są krótkie, przerywane i zwykle nie mają ciągłości. Nie budują relacji, nie dają przewidywalności. Bardziej przypominają sytuację, w której codziennie mijasz dziesiątki ludzi w biegu do metra — i to ma być Twoje „życie towarzyskie”.


Efekt bywa paradoksalny: pies jest stale „wśród psów”, a jednocześnie jest społecznie niedożywiony. Ma mnóstwo kontaktu bez głębi.


Smycz, wąski chodnik i pośpiech


Najbardziej klasyczny obraz miejskiej „socjalizacji” to dwa psy na smyczy, naprzeciw siebie, na wąskim chodniku. I to nie jest neutralne spotkanie, tylko format, który z definicji utrudnia psom to, co w kontaktach jest kluczowe: regulowanie dystansu.


Psy komunikują się ruchem. W naturalnym spotkaniu mogą podejść po łuku, zwolnić, zatrzymać się, ominąć, odejść i wrócić. Mogą też zrezygnować z kontaktu, zanim zrobi się zbyt blisko. W mieście często nie mogą — bo przestrzeń jest ciasna, a smycz zawęża wybór.


Do tego dochodzi tempo. Spotkanie trwa tyle, ile pozwala logistyka spaceru. Czasem kilka sekund. W tym czasie pies ma „zebrać dane”, ocenić drugiego psa i zdecydować, jak się zachować. To jest intensywne. I nie dlatego, że pies „nie umie się zachować”, tylko dlatego, że wymagania sytuacji są wysokie, a margines błędu mały.


W takim układzie napięcie opiekuna też ma znaczenie — nie jako „wina”, tylko jako część sceny. Wąsko, ktoś idzie z naprzeciwka, drugi pies już kiedyś szczekał, człowiek się spieszy. Pies nie musi czytać myśli. Wystarczy mu zmiana rytmu, ręki, mikronapięcia na smyczy.


Dwie historie spotykają się w jednym miejscu


Jest jeszcze jeden element, który często umyka. W mieście nie spotykają się „dwa psy w próżni”. Spotykają się dwie historie — i często w tych samych punktach: przy bramce, na przejściu między autami, pod klatką, na tym samym wąskim chodniku.


Psów jest dużo. Wiele z nich jest przeciążonych podobnymi bodźcami: ciasnotą, brakiem wyboru, powtarzalnymi mijankami w tych samych miejscach. Jeśli pies miał kilka nieprzyjemnych doświadczeń w konkretnym przejściu, to to przejście zaczyna mieć znaczenie. Jeśli drugi pies też ma swoją historię, napięcie rośnie szybciej — nawet gdy obie strony „nie zaczynają od złych intencji”.


To tłumaczy kolejny paradoks: pies, który w innych warunkach potrafi być spokojny i społecznie „w porządku”, na ulicy wygląda, jakby „nie znosił psów”. A często nie chodzi o psy jako takie. Chodzi o format spotkania: blisko, szybko, na wprost, bez wyjścia.


W takich warunkach „nie chcę” bywa rozsądną próbą uniknięcia sytuacji, która jest zbyt ciasna i zbyt szybka. I łatwo wtedy pomylić dwie rzeczy: brak potrzeby relacji z obcymi psami oraz unikanie kontaktów, które są nieprzyjemne i mało wartościowe.


Pies nie musi „zaprzyjaźniać się” z każdym. To normalne. Ale to nie znaczy, że należy go izolować i z góry zakładać, że każde spotkanie skończy się źle. Część psów potrzebuje po prostu środowiska, w którym spotkania nie są ciągłym testem. A część — kilku stabilnych psich znajomości, które dają przewidywalność i spokój.

Grynkiewicz, A., Reinholz, A., & Imbir, K. (2026). Disconnected Lives: Social Networks and Emotional Regulation in Domestic Dogs. Animals, 16(3), 398.

 
 
 

Komentarze


bottom of page